Opublikowano w dniu 13.03.2007 r.     Strona istnieje od
Powrót do startu

szachy Jestem na Facebook'u

szachy Jestem na Twitterze

szachy Mój kanał filmowy


 szachy O mnie
 szachy Wywiady
 szachy Publikacje
 szachy Gra korespondencyjna
 szachy Komputery w szachach
szachyAkademia młodzieżowa

  Ciekawostki 2007
  Ciekawostki 2008
  Ciekawostki 2009
  Ciekawostki 2010
  Ciekawostki 2011
  Ciekawostki 2012
  Ciekawostki 2013
  Ciekawostki 2014
  Ciekawostki 2015
  Ciekawostki 2016
  Ciekawostki 2017
  Szachy, poker - Pozycja
  Szachy, poker - Strategia
  Szachy, poker - Błędy


  Wydarzenia roku 2007
  Wydarzenia roku 2008
  Wydarzenia roku 2009
  Wydarzenia roku 2010
  Wydarzenia roku 2011
  Wydarzenia roku 2012
  Wydarzenia roku 2013
  Wydarzenia roku 2015
  Wydarzenia roku 2016

 szachy Problemy PZSzach
 szachy Polemiki

  Jan Kochanowski
  Agata Kalinowska-Bouvy
  Jolanta Zakima-Zerek
  Ryszard Sternik
  Marek Baterowicz
  A. Paul Weber
  Alicja Karłowska-Kamzowa
  Andrzej Sitek
  Szachy i poezja
  Szachy w filmie
  Szymon Słomczyński
  Od Czytelników


  Konkursy problemowe
  Konkursy taktyczne
  Nasze Słowo
  Konkurs WIO KONIKU

 szachy Galerie

 szachy Listy
 szachy Ogłoszenia
 szachy Aktualne imprezy

  Polskie sukcesy 2009
  Polskie sukcesy 2010
  Polskie sukcesy 2011
  Polskie sukcesy 2012
  Polskie sukcesy 2013


  Polskie występy 2010
  Polskie występy 2011
  Polskie występy 2012

 szachy Z teki arbitra

 szachy Z archiwum
      Ryszarda Sternika

 szachy Fotografie
      Marka Skrzypczaka


-Wiadomości ogólne
-Debiuty dla białych
-Debiuty dla czarnych
-Strategia
-Uderzenia taktyczne
-Matowe kombinacje
-Matowe schematy
-Końcówki do wygrania
-Końcówki remisowe
-Humor w szachach
-Zadania szachopodobne

 szachy Kontakt

 szachy Linki

 szachy Ankieta rocznicowa (1)
- podsumowanie

 szachy Ankieta rocznicowa (2)
- podsumowanie

 szachy Milionowa wizyta
- podsumowanie

 szachy Nasza giełda
Schach - E. Niggemann

Joachim Beyer Verlag

Internetowe Centrum Szachowe

Jesteś
gościem
  Stronę ogląda: 27 gości
Polskie strony szachowe
szachy
    WSPOMNIENIA SZACHOWE - JERZY KONIKOWSKI


Na tej podstronie prezentować będę moje wspomnienia szachowe. Nagromadziło się wiele faktów dotyczących zarówno mnie samego, jak i osób, z którymi w swym życiu szachowym spotykałem się. Mam nadzieję, że dla wielu będzie to chwila powrotu do lat minionych.

            1. Szachy "Diabelska gra"?
            2. Jak zostałem członkiem klubu szachowego OKO Caissa Bydgoszcz?
            3. Mój pierwszy turniej szachowy
            4. Moje pierwsze sukcesy
            5. Nareszcie w kadrze!

1. Szachy "Diabelska gra"?

    Wielokrotnie zadawano mi pytanie: "Jak doszło do tego, że zacząłeś grać w szachy i dlaczego ta gra tak ciebie pasjonuje"? Odpowiadam przeważnie stereotypowo: "Nie jestem pierwszy i nie ostatni, którego szachy tak oczarowały".

    Rzeczywiście królewska gra ma w sobie jakąś magiczną moc i potrafi wciągnąć w swe szeregi masy ludzi na całym świecie. Szachy potrafią do tego stopnia zafascynować, że dla wielu graczy stają się one nawet jedynym źródłem utrzymania. Tak było, tak jest i tak będzie, gdyż nasza dyscyplina ma w sobie wiele piękna!

    Sam, zanim zaraziłem się bakcylem szachowym, grałem aktywnie w koszykówkę i piłkę nożną. Szczególnie upodobałem sobie kosza. Mierzyłem wprawdzie tylko 173 cm, ale to nie przeszkadzało mi w uprawianiu tej dyscypliny. Byłem zwinny i technicznie dobrze wyszkolony. Potrafiłem prowadzić piłkę obydwiema rękami i strzelać z każdej pozycji. Byłem tzw. rozgrywającym - była to bardzo ważna rola w drużynie. Grałem w reprezentacji szkolnej i wytypowano mnie nawet na treningi do klubu sportowego "Zawisza". Było nas pięciu młodych chłopaków z różnych szkół. Trenowaliśmy raz w tygodniu, czasami nawet wspólnie z pierwszą drużyną. Jeśli dobrze sobie przypominam, była to druga liga.

    W ostatnią sobotę lutego 1961 roku zupełnie przypadkowo nauczyłem się grać w szachy. W marcu - za namową kolegi - wziąłem udział w mistrzostwach szkoły podstawowej nr 37 w Bydgoszczy. W pierwszym dniu przegrałem trzy partie. Byłem bliski załamania i nawet chciałem wycofać się z turnieju. Nauczyciel fizyki, który zorganizował turniej, popatrzył najpierw na tabelkę, potem na mnie, i pocieszył mnie: "za tydzień będzie lepiej". Ostatecznie zdecydowałem się kontynuować grę. Byłem ambitny i postanowiłem poprawić daleką pozycję. Szkolny kolega Lech Alchimowicz (jego ojciec był znanym operatorem filmowym) pożyczył mi podręcznik Tadeusza Czarneckiego "Nauka gry w szachy", ale tylko na dwa dni. Było to wystarczająco dużo czasu, aby zapełnić 60 stronnicowy zeszyt z najciekawszymi fragmentami. Intensywny parodniowy trening przyniósł efekty. W kolejnych rundach odniosłem 8 zwycięstw i 3 partie zremisowałem. Ostatecznie zająłem trzecie miejsce (Alchimowicz i Bokowski po 10.5, ja 9.5). Jeszcze w trakcie turnieju kupiłem sobie książeczkę (wydanie turystyczne) Czarneckiego pt. "Szachy". Dzięki tym dwóm pracom zapoznałem się z podstawami gry w szachy. Autor - z tego co słyszałem - był słabym szachistą. Mimo tego napisał sporo dobrych książek. Na jego twórczości wychowało się wiele pokoleń krajowych szachistów. Ten przykład jest przeciwieństwem do teorii niektórych współczesnych zawodników, którzy twierdzą, że tylko silni gracze są w stanie napisać dobrą książkę szachową. Moja ocena tej opinii: totalna bzdura!

    Ale powracam jeszcze do książek Czarneckiego. Nauczyłem się z nich bardzo wiele. Nie należałem jeszcze do żadnego klubu, a już znałem ogólnie otwarcia i inne zagadnienia. Ciekawe, że właścicielem książki "Nauka gry w szachy" stałem się dopiero w Niemczech. Podarowała mi ją Danuta Pawińska - właścicielka znanego sklepu szachowego. Było to w Warszawie w 1994 roku. Samego Czarneckiego poznałem osobiście wcześniej w Warszawie w trakcie jakiegoś walnego zjazdu Polskiego Związku Szachowego. Uczestniczyłem w nim jako przedstawiciel Okręgowego Związku Szachowego w Bydgoszczy.

    Po sukcesie w mistrzostwach szkoły zacząłem się bardziej interesować szachami. Ale jeszcze nie myślałem wtedy, aby się nimi zająć poważnie. Kolega Alchimowicz zaprowadził mnie pewnego razu do budynku na ulicy Dworcowej (obecnie naprzeciwko hotelu Brda), gdzie grano raz w tygodniu w szachy. To była kiedyś siedziba znanego klubu szachowego "Budowlani". Gospodarzem był Witkowski. Pamiętam, że był to starszy pan i nie miał jednej ręki. Alchimowicz zareklamował mi go jako byłego mistrza Polski. Oczywiście pomylił ze Stefanem. Ale o tym dowiedziałem się później. Miałem stałego partnera, którego zwałem dziadkiem. Był to starszy pan około 80-tki. Graliśmy przyśpieszone partie bez zegara. Na nim przeprowadzałem pierwsze eksperymenty debiutowe. Pamiętam, że kiedyś graliśmy wariant po ruchach 1.e4 e5 2.Sf3 Sc6 3.Gc4 Sf6 4.Sg5 d5 5.exd5 Sxd5 6.Sxf7 Kxf7 7.Hf3+ i po odejściu królem na g8 dostałem mata. Potem "wzmocniłem" grę i odszedłem na e8. Dziadek bez trudu zrealizował przewagę pionka. W domu zająłem się analizą tej pozycji i następnym razem zagrałem prawidłowo 7...Ke6! i partię wygrałem. Powtórzyliśmy jeszcze kilka razy ten wariant i za każdym razem odniosłem zwycięstwo. Dziadek w końcu zrezygnował i grał potem już coś innego. Już wtedy, jako początkujący gracz, zrozumiałem znaczenie fazy debiutowej, analizy własnych partii i podglądanie gry przeciwników. Raz zagrałem kilka partii z gospodarzem klubu Witkowskim. Myślałem, że to rzeczywiście były mistrz Polski. Wygrałem bez trudu kilka pojedynków. Byłem z tego dumny i myślałem, że jestem genialnym szachistą. Ktoś sprowadził mnie na ziemię: "To nie jest ten mistrz Witkowski. Nasz gra na poziomie czwartej kategorii". Mimo wszystko byłem zadowolony. W końcu byłem początkującym szachistą bez kategorii.

    Z biegiem czasu szachy zaczęły mnie coraz bardziej intrygować. Przestałem uczęszczać na treningi koszykówki. Pewnego razu spotkałem w centrum miasta trenera "Zawiszy". "Dlaczego nie chodzisz na treningi?" - zapytał. "Nie mam czasu, bo gram w szachy" - odpowiedziałem. Spojrzał na mnie jakoś dziwnie. "Te szachy to jakaś diabelska gra. Znam jednego wariata, który godzinami siedzi przy szachownicy. To nie jest normalne" - skwitował wydarzenie i bez pożegnania poszedł w zamierzonym kierunku. Często spotykałem się z jakimiś złośliwymi uwagami, które odnosiły się do szachów. Kiedy oznajmiłem nauczycielowi wychowania fizycznego w szkole średniej, że nie jadę na zgrupowanie drużyny koszykówki, gdyż w tym czasie mam turniej szachowy, ten pokiwał głową i zdecydowanie zareagował: "Jurek, ty chyba upadłeś na głowę"!

    Ale wtedy już czułem, że uległem urokowi królewskiej gry, która stała się ostatecznie częścią mojego życia!


Do góry


2. Jak zostałem członkiem klubu szachowego OKO Caissa Bydgoszcz?

    15 maja 1961 roku zobaczyłem na słupach ogłoszeniowych informację o odbywających się w kawiarni Okręgowego Klubu Oficerskiego przy ulicy Dwernickiego półfinałów do mistrzostw Wojska Polskiego. W tym dniu padało. Mimo tego, pobiegłem na miejsce rozgrywek, aby zobaczyć pierwszy w moim życiu turniej szachowy. Grano pierwszą rundę. Przysiadłem się do partii faworyta turnieju Czesława Krulischa. Przypadkowo fotograf zrobił zdjęcie, które można obejrzeć w Galerii. W notesiku, który miałem przy sobie, zacząłem zapisywać przebieg partii. Znałem już notację. Ktoś podał mi blankiet, który uzupełniłem i dalej bezbłędnie go wypełniałem. Moje wrażenia z tego pierwszego dnia pobytu w klubie "Caissa" opisałem przy omówieniu sylwetki Edwarda Wiśniewskiego.

    W tym dniu zostałem członkiem klubu. Była tutaj już spora grupka młodzieży. Liderem był Jerzy Lewi, o którym można poczytać na podstronie "Sylwetki". Zdziwił mnie brak jakichkolwiek zajęć szkoleniowych, a przede wszystkim brak trenera. Jak mi wyjaśniono: na to nie ma w klubie pieniędzy. Miałem wtedy już pewną wiedzę szachową, ale była ona niewystarczająca w partiach treningowych przeciwko kolegom klubowym. Byłem ambitny i chciałem wygrywać wreszcie swoje pojedynki. Zwróciłem się do kilku czołowych zawodników pierwszej drużyny z pytaniem: "Co mam robić, aby grać lepiej"? Poradzono mi, aby zaczął naukę od gry końcowej. Tak zalecał bowiem studiowanie szachów były mistrz świata Jose Raoul Capablanca (1888-1942). Byłem zdziwiony taką teorią, która polecała naukę szachów od "tyłu". Kupiłem sobie jednak dwa tomy końcówek Stanisława Gawlikowskiego i pionkówki Zygmunta Szulcego. Zabrałem się pilnie do ich studiowania. "Gawlikowski" okazał się dla mnie za trudny. Przerzuciłem się więc na "Zakończenia pionowe" Szulcego. Książka była łatwiejsza, ale w sumie trening z końcówkami nie przyczynił się do podniesienia siły gry, gdyż dalej przegrywałem partie. Okazało się, że nie mogłem wykorzystać zdobytej wiedzy o grze końcowej, ponieważ przegrywałem pojedynki już w fazie debiutowej albo na początku gry środkowej. Do końcówek wcale nie dochodziło. Postanowiłem więc trenować wbrew nauce Capablanki i zająłem się otwarciami. Już wtedy doszedłem do wniosku, że jest to jedyna logiczna droga do osiągnięcia sukcesów!

    Na moją usilną prośbę zaangażowano czołowego zawodnika Bydgoszczy do prowadzenia zajęć z młodzieżą klubu. Feliks Chybicki, bo o nim jest mowa, był zawodnikiem tylko I kategorii, ale miał dużą wiedzę szachową. Jego zajęcia były dla mnie bardzo interesujące i obejmowały szeroki zakres teorii szachów, ale nadal nie miałem większego pojęcia o otwarciach. Wykładowca nie chciał się zajmować debiutami, gdyż uważał, że każdy zawodnik ma swój repertuar i trudno byłoby zadowolić wszystkich. Inna rzecz, że brak funduszy ograniczył treningi do kilku spotkań. Ale nawet ta mała dawka szachów pomogła mi w zrozumieniu wielu problemów i ułatwiła dalszą samodzielną pracę. Dodatkowym drogowskazem były wskazówki Chybickiego, który zalecił mi:

    1. Studiuj partie Alechina, najlepiej dwa tomy "Szachowej spuścizny Alechina" (po rosyjsku) opracowane
        przez Kotowa.
    2. Rozwiązuj zadania i studia, gdyż to rozwija fantazję szachową.
    3. Przygotuj sobie stały repertuar debiutowy, dopasowany do stylu gry.

    Rady zawodnika mającego I kategorię okazały się strzałem w "10-tkę". Na bazie partii genialnego mistrza świata Alechina poznawałem nie tylko podstawy debiutów, elementów strategii i taktyki szachów, ale także zasady rozgrywania końcówek. Rozwiązywanie problemów umożliwiło mi poznanie pewnych abstrakcyjnych motywów. Ta dziedzina szachów zaciekawiła mnie do tego stopnia, że w 1962 roku zadebiutowałem w miesięczniku "Szachy" jako problemista. W moim programie szkoleniowym jest miejsce na temat "Znaczenie kompozycji w kształceniu szachisty". Moje doświadczenia na tym polu opisałem w książce "Kompozycja w treningu szachisty" (wydawnictwo Penelopa, Warszawa 2004).

    W gruntownym opracowaniu własnego repertuaru debiutowego pomogła mi dwutomowa monografia debiutowa Paula Keresa w j.polskim, wówczas bez problemu dostępna w księgarniach. Rozpocząłem od ostrych debiutów (gambity: królewski, Evansa i północny), które odpowiadały wtedy mojemu stylowi gry. Czarnymi przygotowałem m.in. gambit Albina. Zdawałem sobie wówczas sprawę, że moje szanse w walce z doświadczonymi i silniejszymi przeciwnikami to silna faza debiutowa i motyw zaskoczenia jakimiś gambitami i mało znanymi wariantami. Po kilku tygodniach intensywnej pracy samoszkoleniowej przyszły rezultaty: zacząłem wygrywać wreszcie partie z moimi bardziej doświadczonymi kolegami.

    Część wakacji letnich w 1961 roku spędziłem w Gdańsku-Wrzeszczu. Tuż przed wyjazdem kupiłem sobie w antykwariacie książkę Władysława Litmanowicza "Międzynarodowy Turniej w Sopocie 1951". Zacząłem ją z dużym zainteresowaniem studiować. Będąc w Sopocie zacząłem się nawet wypytywać o turniej szachowy. Oczywiście nikt nic o takiej imprezie nie słyszał. W centrum Gdańska trafiłem na klub studencki o nazwie "Czarny Kot" (jeśli dobrze zapamiętałem). Zagrałem tam w dwóch turniejach błyskawicznych. Wypadłem w nich całkiem nieźle. Miejscowy działacz o nazwisku Nakonieczny zaproponował mi nawet grę w jakimś gdańskim klubie. Wyjaśniłem mu, że jest to niemożliwe, bo mieszkam i gram w Bydgoszczy.

    Po powrocie z wakacji dalej pilnie trenowałem. W klubie zauważono moje postępy w grze. Pewnego dnia czołowy zawodnik klubu Jan Kośmicki zaproponował mi rozegranie dwóch towarzyskich partii. Pierwszą wygrałem, natomiast drugą przegrałem. Potem okazało się, że kierownictwo klubu chciało w ten sposób sprawdzić moje umiejętności szachowe. Kośmicki wydał o mnie pozytywną opinię. Zaproponowano mi grę w najbliższych mistrzostwach Pomorza juniorów. Propozycję oczywiście przyjąłem!


Do góry


3. Mój pierwszy turniej szachowy

    Na przygotowanie się do mistrzostw Pomorza juniorów nie miałem zbyt dużo czasu, około dwa miesiące. Musiałem też wziąć pod uwagę fakt, że we wrześniu rozpocząłem naukę w szkole średniej. Mimo tego postanowiłem rozszerzyć repertuar debiutowy białymi o partię hiszpańską. Przeczytałem bowiem w jakiś materiałach w języku rosyjskim, że jest ona kamieniem węgielnym zrozumienia pozycyjnej gry i manewrowania. Oczywiście w tak krótkim czasie nie można poznać wszystkich tajników tego skomplikowanego otwarcia. Ale wcześniej podpatrzyłem, co grają czarnymi moi potencjalni przeciwnicy. Swoje przygotowanie ograniczyłem najpierw do poznania tylko kilku wariantów. Przygotowałem też jeden wariant czarnymi.

    Mistrzostwa zostały rozegrane na przełomie września i października 1961 roku w siedzibie naszego klubu przy ulicy Dwernickiego. Grało 10 zawodników. Tylko ja byłem bez kategorii. Kierownictwo klubu liczyło na sukces Jurka Lewiego. Dla mnie turniej miał być nauką. Nikt nie oczekiwał, że będę w stanie nawiązać walkę z doświadczonymi partnerami. Niespodziewanie dobrze wystartowałem. W fazie debiutowej górowałem nad swymi przeciwnikami. Nie miałem jednak jeszcze dobrej techniki gry. W kilku partiach nie zrealizowałem zdobytych przewag. W pojedynku z przyszłym zwycięzcą Fabianowskim z Torunia podstawiłem mata w wygranej pozycji. Natomiast z drugim w turnieju Obertowskim ze ¦wiecia nie zrealizowałem przewagi figury. Moim poważnym problemem była gra z zegarem. Nie potrafiłem rozłożyć sobie odpowiednio czasu. Grałem za szybko i przez to podstawiłem w kilku partiach mata. Ostatecznie zająłem piąte miejsce. Byłem najlepszym zawodnikiem Bydgoszczy. Za ten wynik otrzymałem IV kategorię. Jerzy Lewi zajął dopiero 8 miejsce. Kierownictwo klubu oceniło pozytywnie moją lokatę i awansowano mnie na juniora nr.1 klubu OKO Caissa .

    Mistrzostwa były dla mnie świetną szkołą. Przede wszystkim uwierzyłem w to, że potrafię wygrywać partie z silniejszymi zawodnikami. Upewniło mnie też, iż jestem na dobrej drodze, że moja dewiza - dobrze opracowany repertuar debiutowy - się sprawdza. Postanowiłem dalej pracować w tym kierunku. Oczywiście nie lekceważyłem innych faz partii. Studiowałem dokładnie tematyczne partie i przy tym poznawałem różne pozycje z gry środkowej i końcowej.

    Po turnieju postawiłem sobie też nowe zadanie: poprawę siły gry w imprezach błyskawicznych (5 minut na zawodnika). Ta forma rozgrywek była w tamtych czasach bardzo popularna. Z początku nie odnosiłem w nich większych sukcesów. Ale zmieniło się to, gdy opracowałem sobie specjalny repertuar debiutowy, tylko na turnieje błyskawiczne. W ich programie były gambity i rzadkie otwarcia. Pamiętam turniej, w którym zastosowałem po raz pierwszy posunięcie 1.b2-b4. Osiągnąłem nim stuprocentowy rezultat, ponieważ przeciwnicy zaskoczeni tak rzadkim ruchem, nie potrafili przy ograniczonym czasie rozwiązać problemów debiutowych.

    W 1961 roku rozegrałem 28 partii turniejowych: 17 wygrałem, 4 zremisowałem i 7 przegrałem.


Do góry


4. Moje pierwsze sukcesy

    W 1962 roku grałem przede wszystkim w rozgrywkach drużynowych (jako junior i na szachownicy seniora w niższej klasie). W eliminacjach o wejście do I ligi (Białystok 1-7 grudnia 1962) spotkałem się po raz pierwszy z juniorami, którzy grali już w indywidualnych mistrzostwach Polski. Wygrałem dwie partie, dwie zremisowałem i jedną przegrałem z wicemistrzem kraju Kazimierzem Marcinkowskim. Z tego występu byłem zadowolony, gdyż nawiązałem równorzędną walkę z bardziej doświadczonymi ode mnie zawodnikami. W 1962 roku rozegrałem w sumie 53 partie, z czego 33 wygrałem, 8 zremisowałem i 12 przegrałem. Poprawiłem też swoją klasę w turniejach błyskawicznych. Rozegrałem 46 partii z wynikiem: 33 wygrane, 3 remisy i 10 przegrane.

    W ciągu roku szlifowałem dalej swój repertuar debiutowy i uzupełniałem wiedzę w zakresie gry środkowej i końcówek. Przygotowywałem się do mistrzostw okręgu juniorów. Turniej odbył się dopiero w dniach 2-8 stycznia 1963 roku w ¦wieciu. Zwycięzca miał uczestniczyć w mistrzostwach Polski juniorów 1963 w roku. Tak poinformowano nas przed rozpoczęciem turnieju. Byłem świetnie przygotowany. Zdobyłem 8.5 pkt z 9 partii i wyprzedziłem następnego zawodnika o dwa punkty. Swoich rywali rozbijałem dosłownie już w fazie debiutowej. Niestety nie zagrał obrońca tytułu Michał Fabianowski, co nie dało mi pełnej satysfakcji. Natomiast faworyt turnieju Jerzy Lewi był dopiero piąty.

    Rozpocząłem przygotowania do mistrzostw Polski juniorów. Ale niespodziewanie działacze Okręgowego Związku Szachowego poinformowali mnie, że jako mistrz Pomorza 1962 nie zagram w mistrzostwach Polski 1963, ponieważ powinienem grać w nich w roku zdobycia tytułu, czyli w 1962 roku. Zaprotestowałem: "Przecież Fabianowski jako mistrz 1961 zagrał w 1962 roku w mistrzostwach kraju w Koszalinie". Odpowiedziano mi, że teraz będzie porządek i dopiero mistrz okręgu 1963 będzie miał prawo gry w mistrzostwach Polski. Jednym słowem działacze Okręgowego Związku Szachowego w Bydgoszczy wprowadzili porządek moim kosztem! Pocieszono mnie, że jestem młody i nieraz zagram jeszcze w mistrzostwach kraju.

    Wyboru nie było. Musiałem zaakceptować decyzję działaczy. W cyklu przygotowawczym do mistrzostw okręgu 1963 udało mi się wciągnąć do wspólnego treningu kolegę klubowego i mojego największego rywala Jerzego Lewiego. Mieszkaliśmy blisko siebie: ja na "Sielance", on na "24 stycznia". Nie było więc problemów ze spotkaniami. Jurek znakomicie grał taktyczne pozycje i lubił analizować końcówki. Jego największą słabością były otwarcia. Zaproponowałem mu współpracę. Miała ona polegać na tym, że ja mu pomogę rozwiązać problemy debiutowe, a on będzie ze mną analizować różne końcówki. Lewi przystał na moją propozycję. W marcu obaj zagraliśmy w półfinałach do mistrzostw miasta mężczyzn. W mojej grupie zająłem drugie miejsce, natomiast Lewi w swojej był daleko. Wtedy Jurek w końcu zrozumiał, jaką ważną rolę odgrywa w szachach faza debiutowa. Udowodniłem mu to na bazie moich i jego partii. Zabraliśmy się więc do analizy pewnych otwarć, które Lewi włączył do swego skromnego repertuaru debiutowego. Ten wspólny trening dał efekty. Przekonaliśmy się o tym już w maju. Lewiego ostatecznie dopuszczono do finału mistrzostw Bydgoszczy, gdyż dwie osoby zrezygnowały z udziału. Ja uplasowałem się na trzecim miejscu, za co dostałem II kategorię. Natomiast Jurek podzielił 4-5 lokatę. Miał tylko pół punktu mniej ode mnie. W jego grze było widać wyraźne postępy.

    W dniach 30 lipca-6 sierpnia 1963 roku odbyły się w Toruniu mistrzostwa Pomorza juniorów. Naszym największym rywalem był Michał Fabianowski. Umówiliśmy się z Jurkiem, że ktoś z nas musi go wyprzedzić. Czyli uzgodnimy wynik w naszej partii. Los kazał nam grać w ostatniej rundzie. W tym momencie miałem nad Lewim punkt przewagi i nad Fabianowskim pół punktu. Wydawało mi się, że sprawa jest jasna. Ale godzinę przed naszą partią Jurek niespodziewanie oznajmił, że gra ze mną na wygraną. Nie ukrywam, że się tym zdenerwowałem. Lewi grał białymi partię hiszpańską, którą nauczył się ode mnie. Nie grał najlepiej i ostatecznie uzyskałem decydująca przewagę. Ale Jurka nie można było lekceważyć, nawet w jasno wygranych sytuacjach, szczególnie w taktycznych pozycjach. W pewnym momencie zagrałem niedokładnie i dostałem szybko mata. Wspólnie podzieliliśmy 2-3 miejsce. Na mistrzostwa Polski pojechał Fabianowski, który miał od nas o pół punktu więcej. Nie miałem po tej partii pretensji do Jurka. Wygrał uczciwie: wykorzystał wszystkie moje błędy. Na tych mistrzostwach pokazał duży postęp w początkowym stadium gry. Ja też poprawiłem technikę w końcówkach. Nasza współpraca dała wyraźne efekty. Niedługo po turnieju Lewi wyjechał na stałe do Warszawy i tam rozwinął się jego duży talent. Dalej utrzymywaliśmy dobre kontakty, dalej byliśmy dobrymi kolegami, ale w bezpośrednich partiach turniejowych zawsze ze sobą walczyliśmy!

    Dopiero na turnieju w Lublinie w 1969 roku z ciekawości zapytałem Lewiego, dlaczego w Toruniu tak niespodziewanie odstąpił od naszej umowy. Wyjaśnił mi, że w przedostatni dzień turnieju został zaproszony na obiad do pewnej rodziny. Tam mu wyjaśniono, że to on powinien jechać na mistrzostwa Polski, ponieważ ma talent i jest od nas silniejszy. "Wygraj z Konikowskim, Fabianowski przegra swoją ostatnią partię i ty jedziesz". W rzeczywistości Fabianowski czekał na nasz rezultat i potem oczywiście wygrał. "Wykorzystali moją naiwność" - w ten sposób Jurek skwitował całe to wydarzenie.

    Zaraz po mistrzostwach w Toruniu zmobilizowałem sekretarza OZSzach Edwarda Wiśniewskiego do pisemnego wystąpienia do władz Polskiego Związku Szachowego z prośbą o dopuszczeniu mnie do mistrzostw Polski juniorów w Legnicy. Głównym uzasadnieniem było to, że okręg pomorski ma sporą grupę silnych juniorów i to, że ja jestem zawodnikiem z dużą przyszłością, że w 1962 roku byłem mistrzem okręgu i w 1963 wicemistrzem. Niestety ta prośba została przez wiceprezesa PZSzach (nazwisko pamiętam) odrzucona.

    W dniach 22.07.1963-5.08.1963 uczestniczyłem w festiwalu szachowym w Sajenkach koło Augustowa. O tej imprezie wspomniałem już przy omówieniu sylwetek Andrzeja Filipowicza i Edwarda Wiśniewskiego. Grałem w drużynie "Caissy" Bydgoszcz pięć partii. Moimi przeciwnikami byli dwaj kandydaci i trzy jedynki. Zdobyłem 2.5 pkt. Największym sukcesem było pokonanie czołowego juniora kraju Krzysztofa Pytla, który miał I kategorię. W fazie debiutowej zadowoliłem się wygraniem pionka (przeoczyłem kombinację matową). Ten przypadek omówiłem już w dziale "Teoria i praktyka" - kombinacje. W końcówce wieżowej realizacja przewagi materialnej nie była łatwa. Partia została odłożona. W trakcie analizy starszy kolega z drużyny Jerzy Bratoszewski pokazał mi wiele teoretycznych pozycji. Pomogło mi to w zrozumieniu niektórych typów końcówek wieżowych. Na koniec Bratoszewski niby w żartach powiedział: "Analiza tej końcówki ze mną dała ci na pewno więcej, niż przestudiowanie Gawlikowskiego". Chodziło o książkę Stanisława Gawlikowskiego "Zakończenia wieżowe". Miał dużo racji!

    Moja rada dla młodych i ambitnych zawodników: analizujcie dokładnie swoje partie. To jest na pewno doskonały sposób na poprawienie własnych szachowych umiejętności!

    W 1963 roku zagrałem jeszcze w jednym ważnym turnieju. Były to mistrzostwa Pomorza mężczyzn. Odbyły się w Grudziądzu w dniach 15-25 września. Były silnie obsadzone. Zająłem czwarte miejsce z 5.5 pkt z 9 partii. Z pierwszą piątką zdobyłem 3 z 4. Gorzej poszło mi z zawodnikami, którzy uplasowali się za mną. Mistrz Pomorza juniorów Michał Fabianowski był siódmy. Miesiąc wcześniej w mistrzostwach Polski juniorów w Legnicy podzielił 3-4 miejsce. Tak więc wynik w Grudziądzu świadczył już o pewnej mojej klasie szachowej.

    W 1963 roku rozegrałem 58 partii turniejowych: 32 wygrałem, 16 zremisowałem i 10 przegrałem. W turniejach błyskawicznych rozegrałem 98 partii: 75 wygrałem, 5 zremisowałem i 18 przegrałem.


Do góry


5. Nareszcie w kadrze!

    Kolejne mistrzostwa Pomorza juniorów odbyły się w Grudziądzu w dniach 28 lipca-6 sierpnia 1964 roku. Pod nieobecność Lewiego było jasne, że walka o pierwsze miejsce rozegra się pomiędzy mną i Fabianowskim. Tak też się stało. Wspólnie podzieliliśmy 1-2 miejsce z 10.5 punktami z 11 partii. Trzeci Kaźmierski zdobył 7.5 punktu. Dodatkowy mecz o tytuł mistrza okręgu zakończył się po zaciętej walce wynikiem remisowym 2-2. Mój ostry repertuar (gambit Evansa i Albina) okazał się niewystarczający przeciwko dobrze przygotowanemu przeciwnikowi.

    Prawo do udziału w mistrzostwach Polski wywalczył sobie Michał Fabianowski, jako obrońca tytułu. Okręgowy Związek Szachowy wystąpił ponownie do Polskiego Związku Szachowego z prośbą o dopuszczenie mnie do finału. Przyszła znowu odmowa. Ktoś z bydgoskich działaczy skomentował to w ten sposób: - Te gryzipiórki w PZSzach mają klapki na oczach. Rzeczywiście osoba odpowiedzialna za te sprawy podjęła decyzję według ustalonego wówczas rozdzielnika. Niektóre okręgi, jak warszawski, dolnośląski, górnośląski, lubelski, krakowski i wielkopolski miały do dyspozycji kilka miejsc, natomiast pozostałe tylko jedno. Nikt się nie interesował tym, że np. okręg bydgoski miał grupę silnych juniorów i ja niewiele ustępowałem swymi umiejętnościami szachowymi od ścisłej czołówki krajowej, natomiast reprezentowałem wyższy poziom od wielu pozostałych uczestników mistrzostw Polski. Działaczom z pionu szkoleniowo-sportowego Polskiego Związku Szachowego brakowało elastyczności w działaniu, postępowano według ustalonych wcześniej schematów.

    W sierpniu 1964 roku uczestniczyłem w Festiwalu w Ełku. Grałem w drużynie OKO Caissy na trzeciej szachownicy i zdobyłem pierwszą normę na I kategorię. W tym czasie i miejscu odbywały się mistrzostwa Polski juniorów. Miałem możliwość obserwacji gry ich uczestników. Poziom był bardzo zróżnicowany. Michał Fabianowski, z który toczyłem równorzędne boje w mistrzostwach Pomorza, zajął trzecie miejsce.

    W 1964 roku rozegrałem 52 partie turniejowe: 33 wygrałem, 11 zremisowałem i 8 przegrałem. W turniejach błyskawicznych rozegrałem 108 partii: 71 wygrałem, 9 zremisowałem i 28 przegrałem.

    7 lutego 1965 roku odbył się mecz juniorów Warszawa-Pomorze. Grając na drugiej szachownicy bez trudu pokonałem czołowego juniora kraju Ufnala. Nasza ekipa przegrała spotkanie tylko jednym punktem. Były Bydgoszczanin Jerzy Lewi wygrał swoją partię na pierwszej szachownicy z Fabianowskim i to zadecydowało o zwycięstwie ekipy Warszawy. Wynik ten świadczył o dużej klasie gry juniorów Pomorza, którzy stoczyli równorzędną walkę z najsilniejszą wówczas reprezentacją juniorów kraju.

    Następną imprezą, w której walczyłem przeciwko uczestnikom mistrzostw Polski, były półfinały do drużynowych mistrzostw Polski (Gdańsk 23-28 maja 1965). W czterech partiach zdobyłem 2.5 punkty i uzyskałem lepszy wynik od Lewiego (w bezpośrednim pojedynku padł remis po kilkugodzinnej walce).

    Najważniejsza dla mnie impreza, mistrzostwa Pomorza juniorów 1965, odbyła się w ¦wieciu w dniach 3-10 lipca. Swych rywali dosłownie rozbiłem wynikiem: 11.5 punktu z 12 partii. W ten sposób pewnie zakwalifikowałem się po raz pierwszy do mistrzostw Polski juniorów. Wcześniej wygrałem silny mieszany turniej błyskawiczny o puchar Borów Tucholskich (Tuchola 22 lipca).

    Mistrzostwa Polski odbyły się w Goleszowie (7-18 sierpnia). Wygrałem 6 partii, jedną zremisowałem i trzy przegrałem. Podzieliłem 3-4 miejsce. W ostatniej rundzie efektownie wygrałem z mistrzem krajowym Krzysztofem Pytlem, który ostatecznie zajął drugą lokatę. Miałem wtedy II kategorię. Mistrzem Polski po raz pierwszy został Jerzy Lewi. Startowało 22 zawodników. Za wynik w Goleszowie otrzymałem I kategorię i awansowałem do kadry juniorów. Z mojej gry byłem ogólnie zadowolony, gdyż udowodniłem, że należę już do ścisłej czołówki krajowej. Stwierdziłem jednak, że niektóre warianty mam pobieżnie opanowane. Po niedokładnie rozegranej fazie debiutowej było trudno bronić gorszych pozycji i w rezultacie przegrałem trzy partie. Przyczyną tego był mój zbyt szeroki repertuar debiutowy, który miał jednak pewne luki. Postanowiłem więc ograniczyć się tylko do pewnych otwarć i wariantów, które najlepiej znam i odpowiadają one mojej wiedzy i stylowi gry.

    Konkluzja: Ograniczony repertuar debiutowy ułatwia przeciwnikowi przygotowanie się do partii. Ale z kolei zbyt szeroki ma to ryzyko, że może mieć pewne słabe strony, co może być wykorzystane przez przeciwnika.

    Zaraz po mistrzostwach Polski pojechałem do Białowieży na Ogólnopolski Festiwal o puchar Białostocczyzny, który odbył się w dniach 21-28 sierpnia. Mój klub "Caissa" Bydgoszcz nie miał pieniędzy na wysłanie drużyny. W tej sytuacji Waldemar Jagodziński i Edward Wiśniewski bronili barw Poligrafa Bydgoszcz. Natomiast mnie - jako nagrodę za mistrzostwa Polski - opłacono tylko udział w turnieju błyskawicznym. Na miejscu udało mi się znaleźć miejsce w drugiej drużynie Jagiellonii Białystok. Grając na trzeciej szachownicy uzyskałem 5 punktów z 5 partii i zdobyłem nagrodę za najlepszy wynik, ponieważ Jerzy Lewi miał tylko 5.5 punktu z 6 partii. W bezpośrednim meczu przeciwko pierwszej drużynie Jagiellonii wygrałem swoją partię z Bogdanem Bieluczykiem, co nie spotkało się z zadowoleniem mojego sponsora. Bardzo mile wspominam turnieje organizowane przez ówczesnego prezesa Białostockiego Związku Szachowego Jana Górskiego. W tamtych czasach to była dla mnie jedyna możliwość gry z czołowymi zawodnikami kraju. Kilka razy jechałem na te imprezy na własny koszt. Na miejscu udawało mi się zaczepić do jakieś drużyny, która finansowała mój pobyt. O jakiś honorariach nie było mowy.

    W dniach 26-30 grudnia odbył się w Pałacu Sportowym w Łodzi mecz międzypaństwowy juniorów Polska-Węgry na 10 szachownicach. W pierwszej rundzie ulegliśmy 6.5-3.5, natomiast w drugiej 6-4. Węgrzy wyraźnie górowali nad nami, przede wszystkim w fazie debiutowej. W drużynie gości wystąpili późniejsi czołowi szachiści świata: Adorjan (w Łodzi nazywał się jeszcze Jocha), Ribli i Sax. Grałem na trzeciej szachownicy z Adorjanem. W pierwszej partii zostałem zaskoczony mało stosowanym w praktyce turniejowej wariantem. Znalezienie właściwej drogi kosztowało mnie dużo czasu. W rezultacie przekroczyłem czas w skomplikowanej pozycji. W drugiej partii mój przeciwnik podobnie zastosował rzadki wariant, który znałem pobieżnie. W krytycznym momencie popełniłem błąd i przegrałem. Ten wypadek upewnił mnie, że przy opracowaniu własnego repertuaru debiutowego popełniłem jednak pewne błędy szkoleniowe.

    Konkluzja: Debiut jest najważniejszą częścią partii. Jeśli na początku gry mój przeciwnik uzyska przewagę, to do końcówki w ogóle może nie dojść.

    Kilka lat później - jako trener kadry - miałem okazję zobaczyć, w jakich warunkach trenują szachiści węgierscy. W centrum Budapesztu usytuowany był Węgierski Związek Szachowy, który składał się z wielu pomieszczeń treningowych. Tutaj szkolono młodzież i to przy udziale silnych arcymistrzów. Mnie szczególnie zafascynowała wielka biblioteka szachowa. Nic dziwnego, że młodzież węgierska w tak szybkim tempie osiągnęła szczyty w naszej dyscyplinie. My takich możliwości nie mieliśmy i dlatego byliśmy bez szans. Ale w tamtych czasach szachiści Węgier mieli potężnego sponsora w osobie I sekretarza Komunistycznej Partii Węgier Janosa Kadara, wielkiego sympatyka szachów. Szachiści polscy mogli o takim czymś tylko pomarzyć!

    W 1965 roku rozegrałem 81 partii: 64 wygrałem, 9 zremisowałem i 8 przegrałem. W turniejach błyskawicznych rozegrałem 78 partii: 48 wygrałem, 15 zremisowałem i 15 przegrałem.


Do góry



Caissa i szachy - szachownica, a na niej król, wieża, skoczek, goniec, pion i zadanie do wykonania czyli szach i mat, lecz wcześniej debiut, kombinacja i końcówka.
http://kinderbueno.info.pl/budownictwo-i-architektura/sklep-budowlany/ Libacki Piotr https://najwazniejszareklama.wordpress.com/2017/06/13/najlepszy-sklep-budowlany-dla-ciebie/ http://ciekaweoferty.blog.pl/2017/06/01/jaki-sklep-budowlany-wybrac/ Vladimir Yakunin
Copyright(c) 2007. W objęciach Caissy. Wszelkie prawa zastrzeżone. Autor: jinks